Ballada bezludna
(sł. B. Leśmian, muz. M. Krasicki)


Niedostępna ludzkim oczom, że nikt po niej się nie błąka
W swym bezpieczu szmaragdowym rozkwitała w bezmiar łąka
Strumień skrzył się na zieleni nieustannie zmienną łatą
A gwoździki spoza trawy wykrapiały się wiśniato
Świerszcz, od rosy napęczniały, ciemnił pysk nadmiarem śliny
I dmuchawiec kroplą mlecza błyskał w zadrach swej łęciny
A dech łąki wrzał od wrzawy, wrzał i żywcem w słońcu dyszał
I nie było tu nikogo, kto by to widział, kto by to słyszał

Gdzież me piersi czerwcami gorące?
Czemuż nie ma ust moich na łące?
Rwać mi kwiaty rękami obiema!
Czemuż rąk mych tam na kwiatach nie ma?

Zabóstwiło się cudacznie pod blekotem na uboczu
A to jakaś mgła dziewczęca chciała dostać warg i oczu
A czuć było, jak boleśnie chce się stworzyć, chce się wcielić
Raz warkoczem się zazłocić, raz piersiami się zabielić
I czuć było, jak się zmaga zdyszanego męką łona
Aż na wieki sił jej zbrakło – i spoczęła niezjawiona!
Jeno miejsce, gdzie być mogła, jeszcze trwało i szumiało
Próżne miejsce na te duszę, wonne miejsce na to ciało

Gdzież me piersi czerwcami gorące?
Czemuż nie ma ust moich na łące?
Rwać mi kwiaty rękami obiema!
Czemuż rąk mych tam na kwiatach nie ma?

Przywabione obcym szmerem, wszystkie zioła i owady
Wrzawnie zbiegły się w to miejsce, niebywałe węsząc ślady
Pająk w nicość się nastawił, by pochwycić cień jej cienia
Bąk odtrąbił uroczystość spełnionego nieistnienia
Żuki grały jej potrupne, świerszcze pieśni powitalne
Kwiaty wiły się we wieńce, ach, we wieńce pożegnalne!
Wszyscy byli w owym miejscu na słonecznym, na obrzędzie
Prócz tej jednej, co być mogła, a nie była i nie będzie!

Gdzież me piersi czerwcami gorące?
Czemuż nie ma ust moich na łące?
Rwać mi kwiaty rękami obiema!
Czemuż rąk mych tam na kwiatach nie ma?