CHCE SIĘ ŻYĆ. I TO JAK.
Źródło: STYLE I CHARAKTERY, nr 1 (2010)

Niedawno skończyłam 60 lat i (niewykluczone, że z tego powodu) otrzymałam propozycję od moich ulubionych „Charakterów”, aby „od czasu do czasu” napisać parę słów na temat umiejętności radowania się życiem w sytuacji, kiedy tak naprawdę ma się Je już za sobą. Dawniej ludzie nie żyli tak długo. Dawniej człowiek w moim wieku grzał się przy piecu, przedrzemywał kolejne dni, miesiące, a jak Bóg dał, to i lata. A dziś? Moje pokolenie otrzymało od Losu prezent: niedopuszczalnie młodą starość. I wypada ją jakoś zagospodarować. Jeszcze się trochę widzi i słyszy, jeszcze pamięta to i owo. Jeszcze się nie chce umierać. A nawet, szczególnie w dni słoneczne, chce się żyć. I to jak!

Nie możemy nadziwić się tej ochocie, obserwujemy samych siebie ze zdumieniem, ale żyjemy, jakbyśmy dopiero co zdjęli szkolne tarcze. Snujemy plany na przyszłość, roztaczamy przed sobą widoki i nie rozpaczamy, że starość tuż-tuż. Bo w końcu ile można rozpaczać? A „tuż-tuż”, to znaczy gdzie? Z której strony i o której ona przyjdzie? Każdy ma swój piasek w klepsydrze, więc warto cenić każdą chwilę, jaka nam pozostała. Nie marnować ani ziarenka czasu. Dzisiaj starość musi się wyszumieć, jak powiedział kiedyś mój rówieśnik Marek Kondrat.
Szumimy więc, pracujemy, podróżujemy, ale czasami coś się zacina, przeszkadza, każe wątpić i podcina skrzydła. Odbiera ochotę na cokolwiek. Odważę się zaoferować coś w rodzaju recepty na dotkliwe ataki poczucia bezsensu i beznadziei. Mnie ratuje ona od lat. Otóż w dzieciństwie, kiedy było mi smutno, kładłam się do łóżka, przykrywałam kołdrą, tak żeby było ciemno, żeby nic nie przeszkadzało w wyobrażaniu sobie „czegoś lepszego”, i uruchamiałam taśmę ze wspomnieniami cudownych chwil. To mogło być cokolwiek – rzeczy ważne i nieważne. Uruchamiałam pamięć… i, o dziwo, po chwili to coś przywoływanego w myślach stawało mi przed oczyma; jakby cofała się taśma z filmem mojego życia. Pomagało. Wychodziłam z czarnego tunelu. Może i teraz, po latach, narzucę tę metaforyczną kołdrę na głowę? Może to pomoże nie tylko mnie? Chciałabym.
Moim zawodem od czterdziestu lat jest między innymi śpiewanie niewesołych piosenek. Tak się złożyło. I mimo że ten zawód nie przyniósł mi zawodu, najcudowniejsze chwile związane ze śpiewaniem wcale nie kojarzą mi się ze sceną. Uwielbiam na przykład śpiewać w samochodzie razem z kimś, kto akurat śpiewa w radio albo na ulubionej płycie.
Ile ja się naśpiewałam z najwspanialszymi wokalistami świata, bez żadnych kompleksów
i protestów z ich strony!
Kiedyś z moim starszym synem, Mateuszem, podróżowaliśmy samochodem po Nowej Zelandii. Jechaliśmy, oglądając cudowną przyrodę, niezliczone stada owiec, kóz, saren, i śpiewaliśmy sobie z Dianą Krall piosenki z płyty „All of you”. Innym razem jechałam z Krysią Jandą do Sieny i przez całą drogę przypominałyśmy sobie piosenki z naszego dzieciństwa i młodości. Darłyśmy się jak w szkolnym autokarze, zapomniałyśmy o całym świecie, a siedzące z tyłu dzieci na próżno usiłowały nam zasugerować, że chyba minęłyśmy Sienę…
Do dzisiaj także nie mogę zapomnieć pewnego wieczoru w hotelu „Raddisson” w Warszawie. To było kilka lat temu. Miałam tam spotkać się z pianistą Piwnicy pod Baranami, panem Konradem Mastyło, żeby ustalić tonację do dwóch piosenek Zygmunta Koniecznego. Konrad poprosił, żebym wpadła po 21., po jego występie. Przyszłam o umówionej porze, długo jeszcze czekałam. Potem okazało się, że nie można skorzystać z fortepianu, bo tam na Sali przemawiają bardzo ważni goście. Zeszliśmy więc do foyer, gdzie obok baru stało małe pianino. Wokół, na wielu wygodnych fotelach, drzemała jakaś duża grupa ludzi w różnym wieku. Białych, czarnych, kolorowych, ciekawie poubieranych. Najprawdopodobniej wycieczka, która czekała na rozlokowanie po pokojach. A może na autokar, który powiezie ich dalej? Postanowiliśmy śpiewać cicho, żeby ich nie zbudzić. Ciche śpiewanie to moja specjalność, ale grać tak cicho jest już trudniej. Niektórzy zaczęli więc przysłuchiwać się z ciekawością. Tajemniczą grupę obudziły piękne nuty Zygmunta. Zaczęli kołysać się do rytmu i nucić. Potem zaczęli dopytywać się, kto napisał takie piękne piosenki i o czym one są. Bardzo szybko opanowali melodię i zaczęli śpiewać na głosy. Czyściutko! Nie byli w stanie nie śpiewać! Patrzyliśmy na nich zachwyceni i zdumieni. Scena jak z filmu! Potem jeszcze dołączyli do nas Beata Rybotycka i Jacek Wójcicki, i rozpoczęło się wokalne szaleństwo. Okazało się, że ta grupa z pozoru przypadkowych wycieczkowiczów, to jakiś słynny chór! Łamaną angielszczyzną opowiedzieliśmy im o Zygmuncie i Piwnicy pod Baranami, a oni nam o sobie. I z tej nieoczekiwanej radości zaczęliśmy wspólnie śpiewać słynne evergreeny. Było bosko! Z żalem wracałam do domu, a podobno oni śpiewali do rana! Do dzisiaj na wspomnienie tamtego wieczoru uśmiecham się, jak głupia do sera.
Ciekawe dlaczego mówi się „jak głupia do sera”. Chciałabym to wiedzieć.

Pozdrawiam

Magda Umer

Do spisu artykułów