MIESZKAM Z KSIĄŻKAMI
Źródło: Rzeczpospolita

Magda Umer opowiada o szukaniu bezpieczeństwa wśród literackich bohaterów, różnicy między lekturą lekką i prawdziwą oraz o ostatniej książce w życiu.

Rz: Jaką książkę odłożyła pani na Boże Narodzenie, obiecując sobie, że ją wreszcie przeczyta?
Magda Umer: Święta to jedne z nielicznych dni w roku, kiedy nie czytam. Za dużo wrażeń, ludzi, hałasu. Ale leżą sobie przy łóżku, cieszą oczy i czekają na swoją kolej. Bo czytanie jest moim najmilszym codziennym zajęciem. Wymaga luksusu, ciszy i skupienia. Mam zawsze odłożone kilkanaście książek. I ciągle brakuje mi czasu, żeby coś zobaczyć albo przeczytać, mimo że ciągle coś oglądam i czytam. Teraz kończę wspomnienia Marii Sapieżyny i chcę zacząć „Obronę szaleństwa” Woody’ego Allena, a nie mam kiedy.

To gruba książka?
Cieńsza niż „Rozmowy z Woodym Allenem”, wywiad rzeka, który powstawał przez 30 lat. Pochłonęłam go szybko, bo mi się spieszyło do kolejnej książki, ale chciałabym przeczytać jeszcze raz, na spokojnie. Przez moje życie przetoczyły się losy tylu ludzi na kartach książek albo na celuloidzie, że przestałam zapamiętywać fabuły. Bo już wiem, że nie one są najważniejsze. Nie wiem, czy oni się rozwiedli, czy pobrali. Pojechali do Ameryki czy do Afryki? Czasem nie wiem nawet, czy umarli, czy żyli długo i szczęśliwie. Natomiast pamiętam, jak na siebie patrzyli i jak za sobą tęsknili. Czyli interesuje mnie literatura interakcji, nie akcji. Wolę książki prawdziwe, lubię dzienniki, listy.

Ma pani taką półkę, parapet, na który odkłada wszystkie tytuły „na później”?
Mam trzy stoliki i dwa biurka. Co chwila ktoś próbuje mi na nich zrobić porządki. Są też dwie biblioteki – główna, w której leżą książki już przeczytane, oraz podręczna – z pozycjami, do których często wracam. To poetycki kanon: Kochanowski i Twardowski, Różewicz i Szymborska, Julia Hartwig i Ewa Lipska, Herbert, Miłosz i Zagajewski, Leśmian i Brzechwa, Tuwim i Gałczyński, Agnieszka i Jeremi. Żyję z nimi na co dzień, z nimi mieszkam. W podręcznej są także książki, które przeczytam jeszcze raz, kiedy znajdę dość czasu, by się skupić tak, jak na to zasługują. Kiedy się czyta pośpiesznie, najważniejsze może umknąć. Dlatego najlepiej wyjechać. Wakacje są właśnie po to, żeby czytać.

Są książki, które pani chomikuje na prawdziwą emeryturę?
Nie mogę pojąć, dlaczego jeszcze tak intensywnie pracuję. Siwienie dotyczy mojego numeru PESEL, ale kompletnie nie dotyczy mnie w środku. I może się tak zdarzyć, że umrę w połowie najciekawszej książki.

Gdyby mogła pani wybrać, to w połowie jakiej książki chciałaby pani…
Zgasnąć i zasnąć na dłużej? Często o tym myślę. Wiele lat temu umierająca na raka mama mojego przyjaciela poprosiła, żebym pożyczyła jej wszystkie tomy o Ani Shirley. Czasem myślę, że też chciałabym przed śmiercią wrócić do Ani. Ale z drugiej strony – boję się konfrontacji. Ostatnio miałam nieszczęśliwy pomysł, by przeczytać ukochaną lekturę mojego dzieciństwa – „Serce” Amicisa. I nie powtórzyło się tamto niesamowite przeżycie. Ale bywa i tak, że książka w młodości nie robiła na mnie takiego wrażenia jak później. Na przykład „Lalka” Bolesława Prusa. W szkole czytało się ją jak to lekturę: tu niedobra Izabela Łęcka, tam szlachetny Wokulski.
Tu Rzecki, tam pani Wąsowska… I trzeba było umieć o wszystkim napisać wypracowanie. Przeczytałam ją znów jako kobieta 40-letnia i byłam zachwycona. Jeśli coś z dawnej polskiej literatury powinno w nas zostać, to właśnie „Lalka”, a nie romantycy, których obowiązkowo wkuwamy na pamięć. A przynajmniej nie cała ich twórczość.
„Przed wojną książki traktowano z nabożeństwem. Teraz jest epoka nie czytania, tylko tańczenia na lodzie „

Kiedy miała pani najwięcej czasu na książki?
Zaczęło się w szkole i tak już zostało. Mam głodny umysł. Czytanie jest dla mnie ważniejsze od wszystkiego. To dlatego, że lubię być sama. Czytając, nie jestem samotna, bo towarzyszą mi opisywani ludzie, a jednocześnie znajduję się w bezpiecznej odległości, w ochronnym kokonie. Z kinem jest inaczej – potrzebuję obok kogoś, kto poczuje coś bardzo podobnego. Podobnej empatii. Lubię pójść na film z moimi synami, kiedyś chodziłam z Jeremim.

Przybora dużo czytał?
Jeremi i Agnieszka potwierdzają starą prawdę: ludzie dzielą się na tych, co czytają i tych, co piszą. Rzadko się zdarza, by człowiek tak płodny potrafił skupić się na czymś poza własną twórczością. Agnieszka pochłaniała książki, dopóki sama nie zaczęła pisać. Potem czytała mniej dokładnie i lubiła się do tego przyznawać.

A pani czyta kilka książek naraz?

Zaczęłam to robić ostatnio. Bo się boję, że nie zdążę. To plaga współczesności: mamy za dużo pokus. Możemy wybierać wśród wielu rzeczywistości, ale na żadnej nie potrafimy się skupić.

Nasz stosunek do książek się zmienił?

Dzisiaj ponad połowa tych, którzy czytają, wybiera lekturę lekką i przyjemną. A poezję czytają dwie osoby na tysiąc. To jest problem głębszy, dotyczy inteligencji. Mamy jej trzy procent i robimy, co się da, żeby urosła do czterech albo czterech i pół. Tuż po pierwszej wojnie światowej, kiedy w Polsce były nieprzeliczone tłumy analfabetów, książki traktowano z nabożeństwem. Nie było do nich dostępu, nie było pieniędzy, a i ludzie często byli za mało wyrobieni, by zrozumieć pisarzy. Natomiast teraz nikt nie traktuje tych resztek inteligentów z szacunkiem. Raczej dziwią się im i nie mogą się nadziwić. To nie jest epoka czytania książek, raczej tańczenia na lodzie. Coraz bardziej kruchym…

Ale to chyba nie dotyczy wszystkich?
Mnie bardzo buduje, gdy widzę w księgarniach, że młodzież siedzi sobie na jakimś plecaku, na ziemi, pod regałami. I czyta książki, bo nie ma na nie pieniędzy. I być może siedzi tam także dlatego, że ma nadzieję na spotkanie kogoś, kto też będzie tak siedział z książką, i okaże się, że to jest właśnie ta druga połówka jabłka. I potem będą opowiadać wnukom, że miłość swojego życia spotkali w księgarni.

Do spisu artykułów