O MARKU GRECHUCIE

 

Wiersz z cyklu „Śpiewające obrazy”-„Ach gdyby był taki aparat”
(Portret Czechowskiej – Modigliani)

Gasną mi powieki i szarzeją ręce
Długo tego jeszcze? ”Nie kręć się”- nie kręcę…
Uśmiech mi już więdnie, nie będę się zmuszać
Dość tego , nie mogę. ”Nie ruszaj”- nie ruszam…

Ach gdyby był taki aparat co zrobi w mig
Wspaniały obraz mego ciała spowitego w te marne szaty
Taki „pstryk”, co w jednej chwili zrobi z tego coś pięknego…

Dłonie mi grabieją , zamarzły mi stopy
Maluj sobie kwiatki , albo antylopy
Palce mam jak sople ,a oczy jak szparki…
Słuchaj, ja naprawdę wolę już te garnki

Ach gdyby był taki aparat co „pstryk „ zrobi
I już masz obraz mojej twarzy ulubiony
Kupiłabym, słuchaj Modi, ale to chyba kosztowałoby miliony…

A tak co mi z tego , że płótno smarujesz
Czasami ktoś powie ,że pięknie malujesz i pójdzie…
A z tobą ja zaś muszę gnić…
Słuchaj- dosyć tego…”no , dosyć na dziś”.

„Ach , gdyby był taki aparat , co zrobi w mig
Wspaniały obraz twego ciała spowitego w te marne szaty
Taki „pstryk” , co w jednej chwili zrobi z tego cos pięknego…”

Pokaż…to ja? To chyba twoje przywidzenie
„To powleczony światłem oczu snu aksamit”
Ty ciągle śnisz…”To nie jest śnienie. To jesteś ty…Ja się nazywam Modigliani…”

(moja ulubiona piosenka Marka)
Urodził się w Zamościu, kilka miesięcy po zakończeniu wojny, w grudniu 1945 roku. Rodzice nie pisali wierszy i nie komponowali muzyki ,ale w 1947 roku coś im kazało kupić dla syna pianino. Do głowy im pewnie nie przyszło, że w tym momencie zainwestowali spore pieniądze w coś , co stanie się prezentem dla nas wszystkich- w talent Marka.
Wychowywał się w rodzinie wielopokoleniowej i bardzo ze sobą zżytej. Pięknie śpiewały siostry jego ojca. Zapamiętał wigilie i wspaniałą , mądrą babcię, która w ten dzień nie pozwalała mówić o głupstwach ,za to do woli można było śpiewać na głosy…
Najpierw grał na tym pianinie z siostrą i nie było to nic poważnego. Potem zaczął się uczyć i trwało to osiem lat.
Grał w przedstawieniach szkolnych, tańczył, recytował długie poematy Kasprowicza, ale na pewno nie myślał jeszcze poważnie o przyszłości artysty.
Kiedy wydoroślał postanowił zostać architektem i wyjechał na studia do wielkiego świata- czyli do miasta królów polskich ,smoka, Wandy ,hejnału, „Przekroju” i Piotra Skrzyneckiego…

A w tym mieście mógł obserwować nie tylko piękna architekturę.
Mógł także ,spacerując po rynku wieczorem, wpaść przypadkiem do słynnego w całej Polsce kabaretu ”Piwnica pod Baranami”…
Mógł zobaczyć Piotra, Ewę Demarczyk , Zygmunta Koniecznego, Krzysia Litwina ,Krysię Zachwatowicz., Wiesia Dymnego itd.. itp. A zobaczywszy ich – musiał oszaleć z zachwytu, bo byli to artyści nadzwyczajni
Bo będąc tam miało się wrażenie ,że się jest w centrum świata, i wszystko co dzieje się poza nim jest dużo mniej ciekawe i ważne. Bywał tam coraz częściej i powoli zaczęła blednąć jego wymarzona architektura (tym bardziej , że królował w niej beton , jako podstawowy środek wyrazu…)

Któregoś dnia( chyba na trzecim roku) natknął się u kogoś w pokoju akademickim na pianino. I coś go do niego zaczęło ciągnąć już nieodwołalnie. Grał nie tylko to, czego nauczono go w młodości, ale nagle wymykały mu się z pod palców melodie , których nigdy jeszcze nie słyszał. I zdumiony stwierdził, że to on jest ich autorem… A kiedy do melodii zaczęły się same dopisywać słowa ( na przykład :”Nie dokazuj miła nie dokazuj, przecież nie jest z ciebie znowu taki cud”, które dzisiaj zna każde polskie dziecko i polski staruszek), – postanowił coś z tym zrobić.

Był młody , pełen energii i pasji. I miał na studiach bardzo zdolnego kolegę, który nazywał się Jan Kanty Pawluśkiewicz W małej salce akademika założyli kabaret Anawa (dopiero później powstał zespół muzyczny o tej samej nazwie.) Anawa- z francuskiego en avant- znaczy do przodu, naprzód.
No i poszli naprzód, popędzili jak burza. .Na występy kilkorga młodych ludzi z przychodzili najpierw koledzy i koleżanki z akademika (wśród nich śliczna studentka pedagogiki o specjalności geografa),a potem zaczęli się pojawiać ludzie spoza miasteczka studenckiego, artyści, intelektualiści. Zaczęto o nich mówić.

W styczniu 1966 roku , w klubie „Pod przewiązką” odbyła się premiera kabaretu Anawa. W 1967 roku ktoś mądry namawia ich do udziału w Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie…
Ciekawa jestem, czy pojechali na konkurs tramwajem, czy stać ich było już na taksówkę… może nawet szli na piechotę… ale myślę dzisiaj, że to była najważniejsza wyprawa w ich życiu.
Dlaczego? -Bo koncert laureatów transmitowała na żywo Telewizja. Po raz pierwszy usłyszała ich i zobaczyła cała Polska. A kiedy usłyszała i zobaczyła (między innymi pisząca te słowa , wtedy osiemnastolatka) – to już nigdy nie chciała przestać słuchać…

Byłam jedną z wielu zakochanych nastolatek i po paru latach bardzo przeżyłam ich artystyczny rozwód. Ale zanim się rozstali, zdążyli dla nas napisać swoje najpiękniejsze piosenki, nagrać dwie płyty i wykonać na żywo setki koncertów, na które przychodziły tłumy wielbicieli. Były to tłumy kulturalnych ludzi. Dzisiaj nie do pomyślenia. Głośno było tylko w czasie bicia braw.
Bo oni poziomem swojej sztuki , sposobem zachowania się na scenie, skupieniem, anty – gwiazdorstwem, służeniem pięknym dźwiękom, pięknym słowom , szlachetnym znaczeniom-wprawiali w zachwyt i osłupienie słuchającą ich młodzież (czasami trafiali się także 30 –letni starcy, ale rzadko).
No i urodą. Jako zakochana fanka nie mogę tego pominąć. Byli nie tylko zdolni, ale i piękni. Kiedy udało się na chwilę oderwać wzrok od zjawiskowego uśmiechu Marka , natychmiast dostawało się w zamian błyszczące oczy i ognistą czuprynę Pawluśkiewicza , ideał męskiej urody , czyli Jacka Ostaszewskiego, ( który jeszcze nie wiedział, że pojedzie do Indii ,a gdy wróci, grać będzie w zespole „Osjan”), cudownego hippiesa Marka Jackowskiego (kręciła się koło niego piękna dziewczyna, z którą potem założy zespół „Maanam”), dwóch jasnych Zbyszków – Wodeckiego i Paletę. A jeszcze dwóch Tadeuszy- Kożucha i Dziedzica , czyli altowiolistę i gitarzystę. Już zaczynają mi płynąć łzy na klawiaturę, kiedy piszę te słowa . Na koniec zostawiłam Anię Wójtowicz- wiolonczelistkę. O jej urodzie napiszę tylko tyle, że cudowna piosenka Wojtka Młynarskiego i Skaldów pt: ”Prześliczna wiolonczelistka” jej właśnie jest poświęcona…

Byli doskonali. Towarzyszyli całemu mojemu studenckiemu życiu i bardzo wiele im zawdzięczam. Mimo że w 1973 roku byłam już panią magister, płakałam jak angielska nastolatka po rozstaniu Lennona i Mc Cartneya, kiedy dowiedziałam się, że Jan Kanty Pawluśkiewicz zostaje szefem Anawy, a Marek zakłada grupę WIEM (znaczyło to: w innej epoce muzycznej).. Wydawało mi się, że popełniają artystyczne samobójstwo.

Na szczęście nie miałam racji…
Po chwilowym zagubieniu każdy odnalazł swoją drogę. Jan Kanty Pawluśkiewicz jest dziś jednym z najwybitniejszych polskich kompozytorów (jego „Jeruzalem” z „Nieszporów Ludźmierskich”, to jedna z piękniejszych pieśni , jakie słyszałam w życiu). Jacek Ostaszewski pisze muzykę teatralną (między innymi do legendarnych przedstawień Krystiana Lupy) itd. itd… Każdy z nich ma barwne i ciekawe życie. Ale najjaśniejsze gwiazdy świecą dla Marka Grechuty.

To jego pokochała publiczność. Wierna jak pies, mimo lepszych i gorszych lat, jakby chciała podkreślić, że zawsze może na nią liczyć, że pamięta ile mu zawdzięcza . To jest fenomen, bo u nas tak długo nie kochają artystów. Artysta najczęściej towarzyszy swojemu pokoleniu, a Marek jest jednym z nielicznych wyjątków .Zmieniają się mody ,a on trw .
Śpiewa już trzydzieści pięć lat. Śpiewa , pisze, komponuje, nawet maluje obrazy. W tym roku otrzymał Złotego Fryderyka za całokształt działalności i Fryderyka za najlepszy album wznowieniowy. Firma Pomaton Wydała cykl pt: ”Świecie nasz”. To jest coś w rodzaju „Dzieł wszystkich”- lektura obowiązkowa. Na trzynastu płytach zmieściło się 300 nagrań. Imponujący dorobek!

A jaki jest prywatnie?
Nie interesuje się polityką i zawsze należał do grona tzw .”wewnętrznych emigrantów”, a nie buntowników. Nie chce zrozumieć dzisiejszego świata i ucieka w swój własny.
Gdy tworzy jest nieobecny… Kiedyś” tworzył” prowadząc samochód. .Jechał na koncert do Jeleniej Góry. Powstała piękna piosenka, ale o wyznaczonej godzinie mogli go usłyszeć jedynie mieszkańcy… Zielonej Góry. I to bez zespołu muzycznego.(A przez całe życie towarzyszyli mu muzycy wybitni).
Marek pasjonuje się sportem. Podczas mistrzostw albo olimpiady zawiesza na ścianie ogromny grafik, na którym rozpisuje godziny transmisji i kanały, na których może oglądać kolejne mecze czy wydarzenia sportowe.
Lubi dom i bardzo kocha swoją żonę Danusię. (Podobno tylko ona śpiewa w domu i robi to pięknie!) Jest dla niego najważniejszą nagrodą w życiu. I najwierniejszym przyjacielem. W jednym ze swoich wierszy- nazwał ją „świętą żoną” .
Święta żona zapomniała o pedagogice i geografii, urodziłam mu pięknego syna Łukasza (w 1972 roku), została jego menegerem ,opiekunem i czułym krytykiem. Człowiekiem na najlepsze i najgorsze.
Najgorsze przyszło w 1999 roku, kiedy ich ukochany syn , dorosły 27 letni mężczyzna, ale dla nich ciągle dziecko – wyszedł z domu i przez dwa lata nie dał znaku, że żyje. Uprzedził ich, że odejdzie ”bo chce przemyśleć swoje życie”. Postanowił przemierzyć (na piechotę?!)całą Europę i nie wiedział, że tutaj szuka go cała Polska…
Teraz już jest dobrze i nie ma co do tego wracać, ale były to najdłuższe dwa lata w ich życiu…

Biały dom , spokojny sen, życie poza tłumem i zgiełkiem , Bach i Vivaldi , stare polskie czarno-białe filmy (nie znosi współczesnego agresywnego kina , pełnego krwi i przemocy i nie może pojąć dlaczego ludzie czegoś takiego potrzebują), sztalugi, muzyka łąki i lasu, cisza, orzeszki w czekoladzie, papier nutowy i białe kartki papieru- to wszystko daje mu siłę i ochotę do pracy. Lubi koncerty. Mówi ,że walczy o serca coraz młodszych słuchaczy. A na koncertach już dawno siedzą babcie z wnukami- wszyscy tak samo wpatrzeni i śpiewający razem z nim prawie wszystkie piosenki…
Piotr Skrzynecki, szef „Piwnicy pod Baranami”, w której Marek śpiewał przez dziesięć lat powiedział kiedyś: ”Marka Grechutę uważam za najgenialniejszego piosenkarza polskiego”. Podpisuję się pod tym obiema rękoma.

Magda Umer

P.S .Pamiętam , jak 30 lat temu pewien bardzo znany dziennikarz zaatakował to, co Marek robi na scenie, nie rozumiał, dlaczego podoba się publiczności i jury ( wtedy właśnie wygrał festiwal opolski wspaniałym „Korowodem”) .Twierdził ,że śpiewa za cicho. Żałuję, że byłam wtedy za młoda i za nieśmiała , aby z nim polemizować… Nie znałam też wtedy jeszcze wspaniałej anegdoty, którą od lat opowiada na swoich koncertach Bogdan Łazuka. Otóż podobno kiedyś odbywał się w Ameryce wielki charytatywny koncert, w którym brały udział największe sławy światowej piosenki. Między innym Frank Sinatra i Mick Jagger z Rolling Stonesów. Za kulisami Jagger powiedzieć miał do Sinatry: ”Ja uważam, że pan nawet ładnie śpiewa, tylko dlaczego tak cicho?” -Bo umiem, odparł mistrz…

Do spisu artykułów