O braku siły na miłość

Magda Umer reżyseruje „Pod Mocnym Aniołem” Jerzego Pilcha. Na scenie: Zbigniew Zamachowski, Wiktor Zborowski i Zofia Zborowska. Premiera w Teatrze Polonia w piątek

Uhonorowana Nagrodą Literacką „Nike” w 2001 roku powieść „Pod Mocnym Aniołem” to historia pisarza alkoholika Jurusia i pewnej miłości, która może odmienić jego los.

 

Beata Kęczkowska: To będzie spektakl o sile miłości czy o sile picia?

Magda Umer: O  sile picia i braku siły na miłość. O wielkim pragnieniu miłości i o tym, że ten nałóg wygrywa ze wszystkim. Nawet z wielkim uczuciem.

Ale w tej powieści jest coś takiego, co sprawia, że przez chwilę wierzymy w miłość, która jest w stanie wytrzymać koszmar alkoholizmu. I odsuwamy od siebie myśl o tym, że nawet największe miłości muszą się skończyć z powodu picia.

 

To krzepiące, ale czy prawdziwe?

– Podczas pierwszej czy drugiej próby powiedziałam aktorom, że chociaż wiemy, że to bajka, to będziemy próbowali ją tak grać, by dać szansę widzowi uwierzyć, że narratora ocaliła miłość. Ale na końcu… Czy to zdradzić? Jak powiem – zniechęcę połowę publiczności, bo przecież tak naprawdę wszyscy wiedzą, że picie jest czymś strasznym, ale tak bardzo pragną tej bajki. Nie kolejnego koszmaru, kolejnej zapijającej się osoby. To przecież prawie każdy zna. Żyjemy w pijanym kraju, w pijanej Europie, w nietrzeźwym świecie. Ale nawet mając tego świadomość nosimy w sobie tę nadzieję, to pragnienie, że wielka i straszliwa miłość może kogoś ocalić. Chcemy w to wierzyć. Myślimy sobie: może to się niektórym nie udaje. Wierzmy jednak: są takie przypadki, że się uda. I ten czas miłości, czas wiary w to jest czymś nadzwyczajnym.

Prywatnie, mimo że się z takim przypadkiem nie spotkałam, mam wielkie marzenie, żeby się z takim przypadkiem spotkać. Poznać kogoś, komu się udało, kto dzięki miłości przestał pić, spróbował zmienić swoje życie, stał się innym człowiekiem. Chciałabym zbierać wiadomości o takich zwycięzcach. 

Dlaczego akurat ta powieść? Przecież to nie jest łatwy do przełożenia na scenę tekst.

– Piekielnie trudny. Aktorzy cierpią katusze, bo walczę o każde zdanie. Oni mnie przeklinają, oni mnie nie znoszą, ja im muszę z oczu schodzić. Ale jak się już tych zdań nauczą, to brzmią one jak muzyka.

Gdybym wiedziała, do jakiego stopnia karkołomną trudnością będzie zrobienie z tej powieści adaptacji, tobym się chyba nie porywała. Musiałam zrezygnować z moich ukochanych rozdziałów – „Doktora Swobodziczki” i „Kasztanki Fuchs”. Są one arcydziełami, a jednocześnie osobną całością. Kroić to na scenę to tak, jakby amputować ręce i nogi. Nie odważyłabym się. Prowadzę więc historię nałogu i historię miłości głównego bohatera Jurusia i tylko na tym się skupiam. Nie ma tych obecnych w książce odgałęzień, konarów soczystych, cudownych i zachwycających. Reżyseria, adaptacja tekstu to jest sztuka rezygnacji.

Bolało, kiedy musiała pani podejmować decyzje, że z czegoś rezygnuje?

– Tekst scenariusza, który przyniosłam na pierwszą próbę, był o 20 stron dłuższy. Każda próba to jest rezygnacja, rezygnacja, rezygnacja. Ubolewam nad wszystkim, co musiałam skreślić. Zauważyłam jednak, że kiedy robię adaptację sztuki czy powieści, widzowie po obejrzeniu spektaklu sięgają po książkę, by samemu sprawdzić, jak to było napisane, wymyślone, co jest tam jeszcze poruszone. Tak było na przykład z „Białą bluzką” Agnieszki Osieckiej. Liczę na to, że tak będzie i tym razem. 

Każda adaptacja skraca, upraszcza, inaczej sztuka musiałaby trwać osiem godzin. Ale dzięki temu, że jest pewnego rodzaju wyborem, to mamy możliwość wyjmowania najpiękniejszych, najważniejszych zdań. Wynalazłam też pewien sposób – niebezpieczny i karkołomny, a jednocześnie najprostszy na świecie. Gdy rozsunie się kurtyna, mam nadzieję, że zaskoczymy widza. Nie chcę, żeby grający doktora Granadę Wiktor Zborowski nosił biały fartuch, żeby gdzieś stał parawan sugerujący, że są w gabinecie lekarskim, nie chcę budować 12-piętrowego bloku, w którym mieszka Juruś, ani zakładu odwykowego dla deliryków. Chcę tak to przeprowadzić, żeby dzięki sile i mocy aktorstwa ludzie to zobaczyli. A jednocześnie wybrana przeze mnie konwencja zachowuje piękno języka tak dla aktorów niełatwego. Dopiero teraz widzę, jak to jest trudne do zapamiętania, to istna ekwilibrystyka. 

Przeczytałam, że Wojciech Smarzowski zrobi film na podstawie „Pod Mocnym Aniołem”. Już sobie wyobrażam, jak on ze swoim talentem to wszystko pokaże, tę pijaną Polskę bez żadnych usprawiedliwień. Bardzo się na ten film już cieszę i jestem go ciekawa.

Pisała pani adaptację już z myślą o konkretnych aktorach, tych a nie innych?

– Zbyszek Zamachowski był od początku. Już siedem lat temu chciałam robić „Pod Mocnym Aniołem” właśnie z nim. Mieliśmy podpisaną umowę i wyznaczoną datę premiery w Teatrze na Woli. To miał być monodram, Zbyszek miał zagrać wszystkie postaci – kobiety, lekarzy, aniołów, szatanów, miał być narratorem, autorem, bohaterem. Niestety, to podejście nie wypaliło. Wymyśliłam więc tę konwencję i zaprosiłam do współpracy oprócz Zbyszka Wiktora Zborowskiego i Zosię Zborowską. Każdy z tej trójki gra wiele postaci. Zosia będzie kobietą w żółtej sukience, poetką Albertą Lulaj, Marianną i Joanną – deliryczkami z zakładu, terapeucicą i czarną bluzką, czyli miłością. Wiktor będzie doktorem Granadą, szatanem, aniołem, bogiem w żółtej bejsbolówce. Zbyszek Zamachowski – Jurusiem, narratorem, Szymonem Samą Dobrocią. Zarysowuję jeszcze pewien konflikt, jeszcze jedno piętro, delikatnie jak w malarstwie Kulisiewicza. Człowiek bez umiejętności skupienia się, bez wrażliwości i bez wyobraźni nie ma po co przychodzić, bo nie zobaczy rzeczywistości wyraźnej jak w serialu. Mam nadzieję, że doczekamy się jednak widzów, bo ten problem dotyczy tak wielu z nas. Można więc będzie w ciemności sali teatralnej popatrzeć na los jednego ze współbraci, jak ich nazywa pięknie Pilch – współbraci w nałogu.

Zrobiłam też ten spektakl, żeby samej spróbować zrozumieć tych, co piją. Wydaje mi się, że po tej pracy rozumiem więcej, co nie znaczy, że jestem weselsza. 

Rozmawiała Beata Kęczkowska

 „Pod Mocnym Aniołem”, Jerzy Pilch; reżyseria i adaptacja – Magda Umer; światło – Adam Czaplicki, Adam Kłosiński; muzyka – Jan Sebastian Bach; scenografia – Catherine Kiersznowski; kostiumy i asystent scenografa – Małgorzata Domańska. Obsada: Zofia Zborowska, Zbigniew Zamachowski – aktor Teatru Narodowego, i Wiktor Zborowski. Premiera w Teatrze Polonia 30 marca