MOJE PIESKIE ŻYCIE cz. I
Źródło:Dog & Sport, 2008

Urodziłam się i przez 46 lat mieszkałam w Warszawie.

W dzieciństwie nie miałam żadnego zwierzątka. Cała rodzina alergików, chory na zanik mięśni młodszy brat, wózek inwalidzki, sto tysięcy kłopotów z organizacją codziennego dnia.

Dzisiaj myślę, że to żadne usprawiedliwienie. Że gdybyśmy mieli psa , nasze życie, a już na pewno życie mojego chorego brata było by po prostu lepsze. I – mimo tych alergii- zdrowsze.

Ale o tym mogłam się przekonać dopiero po latach i tylko dlatego, że od 13 lat żyję na wsi i mam psy. Bez których (łykając codziennie claritinę, bo dalej jestem uczulona na sierść ) już nie wyobrażam sobie życia.

Łyżwa( prawie wyżeł) -najstarsza, ma swoje lata. Nie wiemy dokładnie ile, bo mąż znalazł ją pod jakąś ciężarówką. Dzisiaj jest schorowaną staruszką, mówię do niej per” pani profesor”, bo jest najmądrzejszym psem na kuli ziemskiej. Po jakimś czasie w Łyżwie zakochał się bezdomny wilczur( no, prawie wilczur) i zaczął pomieszkiwać pod naszymi oknami… Był cały czarny; łącznie z czarną rozpaczą w oczach. Mówiliśmy na niego Zyzol Bambus i dokonywaliśmy cudów, aby przestał się bać. Za nic nie chciał wejść do środka. Piekielnie bał się ludzi, ale miłość do Łyżwy była silniejsza od strachu, więc mieszkał pod oknami ukochanej. Sąsiedzi i przyjaciele lubili obserwować to uczucie. Byli jak Romeo i Julia.

Jeremi Przybora nazwał go psem zewnętrznym, w przeciwieństwie do Łyżwy- psa wewnętrznego. Obserwowanie miłości tych dwojga było ciekawsze od najciekawszych programów telewizyjnych. A kiedy urodziły im się dzieci – cały dom promieniał ze szczęścia. I wtedy Bambus, jako głowa rodziny , postanowił zamieszkać z nimi – w środku. I bywał mniej smutny. I zaczynał nam ufać. Doszło nawet do pieszczot. Do końca życia jednak chorował na depresję i podkradał wszystkim słodycze.

Po jego śmierci nastał niejaki Markotny. Prawie labrador. Pies z hodowli Marka Kotańskiego, ofiarowany przez jego córkę Joasię. Wylicytowałam go na aukcji na rzecz Markotu. Markotny jest prawie zawsze wesoły. Jakby walczył z własnym imieniem.

Najpierw był kimś w rodzaju synka Łyżwy , potem jej młodszym bratem, a potem to już rozpanoszył się i zaczął Nią rządzić. Nią i…nami. Nie wiedzieć kiedy.

Teraz mogę zaryzykować tezę ,że w naszym domu mieszkają psy i my „na dokładkę”. Prawie wszystko jest im podporządkowane. Jak w domu „Ferdynanda Wspaniałego” Ludwika Jerzego Kerna. Ukochanej powieści mojej i moich dzieci.

Bo to prawda, że psy mogą skomplikować życie. Dla nich, nie raz i nie dwa, trzeba zrezygnować z czegoś dla siebie. Z wygody i świętego spokoju.

Ale za to nikt nie daje tyle ciepła i czułości. Kiedy wracamy do domu najmilsze jest przytulanie się czymkolwiek do czegokolwiek. Przekazywanie sobie wzajemnie najlepszej energii, która dodaje siły i pozwala walczyć z przeciwnościami Losu.

A tych niestety nie brakuje; chyba nikomu. Tak już urządzony jest ten świat. O którym ktoś, mając pewnie na myśli wyłącznie opuszczone, głodne i nieszczęśliwe psy, powiedział: „pieski”. Pieski świat.

Tyle osób samotnych w mieszkaniach i tyle samotnych psów w schroniskach.
Wystarczy sobie to uświadomić, wziąć psiaka do siebie i zacznie się zupełnie inne życie. O niebo lepsze.

Bez psa można nawet zejść na psy…
Czego nikomu nie życzę
– Magda Umer
Pęcice Małe, 11 grudnia 2008

Do spisu artykułów