PIOSENKI PACHNĄCE SZCZĘŚCIEM

Ta Gwiazdka była dla miłośników twórczości Jeremiego Przybory Gwiazdką szczególną. Mieliśmy ogromną szansę, aby pod choinką natknąć się na książkę, o której marzyliśmy od zawsze: „Piosenki prawie wszystkie”. Wydała to cudo Muza (pięknie!) – i chwała jej za to. Arcymistrz słowa, myśli, poczucia humoru, finezji, elegancji, dobrego smaku, człowiek, który poszerzył wyobraźnię i ukształtował gust kilku pokoleń polskiej inteligencji – pisał te piosenki przez pół wieku. Za swojego mistrza uważali go zawsze najwybitniejsi twórcy polskiej piosenki powojennej, z Agnieszką Osiecką i Wojtkiem Młynarskim na czele.

Nie ma już takich poetów – napisał we wzruszającej przedmowie Wojtek Młynarski. I to jest smutna prawda. Żyjemy w świecie piosenki coraz bardziej z poezji odartej, piosenki byle jakiej, w najlepszym razie takiej sobie, że nie wspomnę o zalewającej nas kubłami pseudopoetyckiej grafomanii, cieszącej się olbrzymią, największą popularnością…

Tym większym świętem dla polskiej kultury jest ukazanie się tej książki. Jej lektura czyni człowieka lepszym, wrażliwszym, mądrzejszym, dowcipniejszym, umiejącym znaleźć dystans do spraw tego świata. I może przede wszystkim czyni człowieka po prostu szczęśliwszym. A w świecie coraz mniej szczęśliwym to rzecz niebagatelna. Przybora pisze o wszystkim. O sprawach najważniejszych i o pozornych błahostkach. Weźmy pierwszy z brzegu przykład pozornej błahostki, żeby odpocząć od problemów większej wagi. Przykład wpływu jakości pożywienia na uczucie (boć przecie to święta):

SUFLET
Kiedy siadłem u niej przy stole,
Jeszcze myślałem: „inne ja wolę”.-
Lecz już przy pierwszych przekąskach-
Rzecz zaczynała być grząska.-
Coraz wyraźniej czułem przy zupie,-
Jak serce coraz mocniej mi łupie.
Na podniebieniu jej dotyk
To był upojny erotyk.
Zmysły – myślałem – żadna tam miłość.
Aż tu pieczyste mnie poraziło.
Czując je w ustach tak kruche,
Czułem, że kocham dziewuchę.
Kocham, lecz związkom będę oporny!
Ona mi na to – suflet wyborny.
Trudno, po takim suflecie
Ja się oświadczam kobiecie.

Przytoczyłam tekst mniej znany, ale myślę, że nawet ci, którym wydaje się, że nie znają tej twórczości, mówią językiem Przybory, nie zdając sobie z tego sprawy. No bo kto pierwszy powiedział: W czasie deszczu dzieci się nudzą, Kaziu, zakochaj się! albo Już kapiesz się nie dla mnie?

A kto napisał klasyczne już dziś słowa: Na ryby, na grzyby, na lwy by czy wreszcie Nie odchodź, pada deszcz? – nasz umiłowany autor. Czy jest w naszej ojczyźnie ktoś, kto choć raz nie zaśpiewał: Addio pomidory, addio ulubione,? Jeżeli jest – to na pewno cudzoziemiec.

I pomyśleć, że o mały włos nie byłoby tej twórczości. Dlaczego? Bo przez długie lata twórcy nie przychodziło do głowy, żeby tworzyć. A co mu przychodziło do głowy, jaki miał pomysł na życie, kim chciał być? Musimy cofnąć się w czasie.

Po skończeniu bardzo dobrych szkół (pochodził z zamożnej ziemiańskiej rodziny) długo studiował, a raczej błądził po źle podobieranych uczelniach: Szkole Nauk Politycznych, Głównej Szkole Handlowej, Wydziale Anglistyki na Uniwersytecie Warszawskim. A potem był kolejno:

1. korepetytorem hrabiego Siergieja Hreptowicza w dalekich Szczorsach na Białorusi;
2. spikerem polskiego przedwojennego radia;
3. urzędnikiem w sekcji nieruchomości Wydziału Inspekcji Handlowej Zarządu Miejskiego (to w czasie okupacji);
4. pracownikiem przedsiębiorstwa Instalator, zajmującego się zbytem rur i blach;
5. współwłaścicielem i sprzedawcą w sklepie typu „szydło, mydło i powidło” na warszawskim Bagnie;
6. znów pracownikiem radia, ale już powstańczego;
7. pracownikiem powojennego radia w Bydgoszczy.

I dopiero w tej Bydgoszczy zabłysło słońce dla polskiej literatury. Zupełnie przypadkowo zresztą. Chyba z nudów, a nudzić się nie lubił, założył w bydgoskim radiu gazetkę ścienną, którą nazwał organem wiszącym. Napisał w niej kiedyś wierszyk na cześć uwielbianego przez siebie dyrektora Tadeusza Kańskiego. Na efekty, na szczęście dla nas brzemienne w skutkach, nie trzeba było długo czekać.

„Jeremi, to jest dobrze napisane! Teraz będzie pan pisał na antenę!” A ponieważ Jeremi słuchał pana Tadeusza jak ojca, którego brakowało mu już od 15. roku życia – zaczął pisać. I za to pisanie zaczął dostawać pieniądze! A tych ostatnich zawsze Mu brakowało.\

Zapytałam kiedyś Mistrza, co to jest natchnienie i czy je miewał. Odpowiedział: – Nie wiem. Przypuszczam, że ja bym miewał natchnienie, gdyby nie to, że potrzeba zarabiania na życie zawsze to natchnienie wyprzedzała. Zanim zdążyłem usiąść i poczekać na natchnienie, już musiałem zarobić jakieś pieniądze. A że nic nie szło mi tak łatwo jak pisanie, więc pisałem…

I to jak pisał! Coraz lepiej, coraz dowcipniej. Rosła jego radiowa sława. Dyrektor Zygmunt Młynarski z warszawskiego radia usłyszał kiedyś w słynnych „Pokrzywach nad Brdą” napisaną przez niego parodię programu radiowego i zaproponował mu przeniesienie do Warszawy.

No i zaczęło się! Spotkanie z genialnym kompozytorem Jerzym Wasowskim, który nie miał oczywiście zielonego pojęcia ani o tym, że jest genialny, ani o tym, ze jest kompozytorem, słynny radiowy Teatrzyk Eterek i wreszcie legendarny,dzisiaj by się powiedziało kultowy, „Kabaret Starszych Panów”. Co to było za wydarzenie artystyczne! Cała Polska zamierała przed nielicznymi jeszcze telewizorami następnego dnia znała te piosenki i czekała z utęsknieniem na następne!

Były to lata 1958-1966. Miałam wtedy 9 do 17 lat i kochałam ten kabaret. Mogę powiedzieć, że on mnie ukształtował, wychował i ulepił jako człowieka. I nie mnie jedną. Jeremi Przybora niemal z dnia na dzień stał się człowiekiem sławnym, kochanym i uwielbianym. Stał się wzorcem doskonałości artystycznej. I, jak naprawdę wielkiemu artyście i mądremu człowiekowi, nie zawróciło mu to w głowie. Trudno w to uwierzyć, szczególnie w dzisiejszych czasach…

Wspaniale napisała kiedyś o tym (w 1989 roku) Agnieszka Osiecka: „Któregoś dnia, jeszcze w latach sześćdziesiątych, dał mi Jeremi poglądową lekcję dobrego wychowania: poszliśmy razem na jakiś raut (obecnie zgęstka), gdzie byli Francuzi. – Żabojady! – napawałam się w zachwyceniu. – Pomyśl, Żabojady, może da się coś załatwić! Ty znasz francuski, wyjedziesz, tam cię zaczną tłumaczyć, zarobisz fortunę… Trajkotałam jak najęta i nawet nie zauważałam, że robiłam błąd za błędem. Strzelałam byki koszmarne. Takie słowa jak załatwić, zarobić, a nawet wyjechać były wprost niedopuszczalne.

W pewnym momencie szarpnęłam go jednak w stronę cudzoziemców (a były to jeszcze czasy, kiedy każdy cudzoziemiec wydawał się nam jakimś pół menedżerem, pół komiwojażerem i w ogóle kombinacją rozdawacza stypendiów z rozdawaczem samochodów) . Po chwili już trajkotałam: – Panowie, to jest sam Jeremi Przybora, on pisze fantastyczne piosenki, a tam stoi jego kolega, Jerzy Wasowski, on pisze najwspanialszą muzykę na świecie… No, Jeremi, powiedzże coś!

Jeremi chrząknął cichutko, wreszcie ni to się śmiejąc, ni to pokasłując, rzucił mile: – Eee, takie tam piosneczki, drobiażdżki rozmaite, naprawdę nie ma o czym mówić. Skończywszy tę wyczerpującą tyradę, Mistrz zamilkł skonfundowany i zaszył się w kącie (nie należy nikomu zbyt długo za-wracać głowy swoimi sprawami). Po latach, kiedy zaczęłam już dojeżdżać do Nowego Jorku, wpadłam na szaleńczy pomysł, że sama, a może z przyjaciółmi, zacznę tłumaczyć piosenki Starszych Panów na angielski. Załamałam się na… pierwszych słowach. Brzmią one: O Kutno, okrutne Kutenko. Jak jest Kutno po angielsku, kto wymyślił ten język podżegaczy, co za pomysł szatański na ludzką mowę? Tymczasem w późnych latach sześćdziesiątych Starsi Panowie zaczęli osobiście jeździć do Paryża. Myślałam: pójdą gdzieś, porwą się na jakiegoś agenta, zadzwonią, zaśpiewają, zakręcą się choćby koło Kukułczanki, która zresztą zaczęła ich bardzo zgrabnie tłumaczyć… Gdzie tam! Chodzili do kina i puszczali łódki po Sekwanie. Później, jesienią, wracali do Warszawy, mościli się przy swoich kominkach, słuchali płyt Mozarta (…) potem szli spać. Rano każdy z nich zjadał

jajko na miękko, szedł do kawiarni albo do krawca, ale przenigdy nie napinał kontaktów ani nie ustawiał sprawy. To wszystko wydaje się teraz bardzo, bardzo dawno, prawda? W Ameryce tego świata już nie ma. Ale nie łudźmy się: tu nie ma go też. Jest tylko Jeremi. Ostatni Mohikanin pod pięknym zielonym drzewem…”. Tak pisała przed laty Agnieszka Osiecka. Nic ująć, a dodać mogę tylko to, że żal mi l świata, który nie może poznać tej twórczości. Jest uboższy o kawał największego szczęścia. A my je mamy.

Magda Umer

Jeremi Przybora PIOSENKI PRAWIE WSZYSTKIE
książka, która jest jednym wydarzeń wydawniczych ostatnich lat…

Do spisu artykułów