GO SLOW
Źródło: STYLE I CHARAKTERY nr 2 (2010)

Niedawno wróciłam z Indii. Nie wytrzymywałam braku światła, zaczynałam zapadać się w swoją coroczną mroczność i nieprzysiadalność, kiedy zadzwonił telefon. Mój nauczyciel jogi, z którym już dwa razy byłam na wyprawach, powiedział, że jedzie tam znowu, bo poproszono go o pilotowanie grupy Uniwersytetu Trzeciego Wieku, działającego w Warszawie. Wstyd powiedzieć, ale nie miałam pojęcia o Uniwersytetach Trzeciego Wieku działających gdziekolwiek.

Zabrałam się z nimi na doczepkę, żeby jakoś przetrwać tę zimę i odwiedzić moją ukochaną planetę. Bo wyjazd TAM, to nie jest wyjazd do innego kraju – to jest wyprawa na inną planetę. Moim zdaniem, mimo ubóstwa lepszą. Zwiedzaliśmy południe Indii – stany Kerala i Tamilnadu.
Oddychałam kolorami, karmiłam się urodą i życzliwością ludzi. Ludzi bez zakończeń nerwowych. Mimo że naokoło bieda, śmieci, chaos, nieporządek, nieczęsto można zobaczyć agresywnego Hindusa. Na ogół mają temperament pogodnych much w smole. Miron Białoszewski napisałby o tym poemat.

Ci rozświetleni ludzie wychodzący ze świątyń i aśramów! Przecież za chwilę będziemy drzewem, psem, ślimakiem, ptakiem, maharadżą; tym, kim będzie nam przeznaczone być. To czego tu się bać? W wiecznym obrocie świata nie istnieje pojęcie końca ani początku. Nie ma od czego uciekać, ani do czego się spieszyć. Ale uważać trzeba.

Mimo że w Indiach maksymalna prędkość pojazdów to 40 km na godzinę (na czymś w rodzaju autostrady podobno można zaszaleć i rozpędzić się do 60 km), wszechobecny jest napis: GO SLOW! I ten napis ma rację! Wie po co i przed czym ostrzega. Taką z pozoru prostą rzecz, jaką zdawać by się mogło przejście przez ulicę w większym mieście, uważam za wyczyn na pograniczu sportu ekstremalnego. Przez ulicę bowiem postanawiają przedrzeć się w tym samym czasie:
1. riksze
2. rowery
3. motory
4. auta
5. zwierzęta typu drób, kozy, małpy, krowy, w porywach słonie
6. głośno trąbiące, a właściwie pozdrawiające się z radością autobusy
7. przedziwne wehikuły, wiozące jeszcze dziwniejsze przedmioty
8. ludzie z wózkami, tobołami, małymi dziećmi
9. małe dzieci bez dorosłych
10. przerażeni turyści, typu pisząca te słowa.

Jeżeli do tego dodamy brak pasów na jezdni… naprawdę trudno pojąć, jakim cudem cała ta płynąca masa istot i przedmiotów szczęśliwie podąża zgodnie w jednym rytmie i ląduje tam, gdzie zamierzyła. Czuwa nad tym około 300.000 Bogów. Do wyboru, do koloru. Cud.
Na każdym kroku prowizorka, dezynwoltura, filozofia „jakoś to będzie”. I całe życie „na wierzchu”: jeden pan pod rozłożystym drzewem reperuje buty, inny samochody, albo maszyny rolnicze. Reperują niespiesznie. Człowiek zorganizowany, wielbiciel porządku, pedant nielubiący tracić czasu, miłośnik luksusu powinien mieć zakaz wjazdu do Indii. Dla jego dobra. Umrze na cztery zawały serca, w pierwszej dobie pobytu.

Miałam także okazję obserwować przedstawicieli Uniwersytetu Trzeciego Wieku, oglądających Indie po raz pierwszy. Dzielnie znoszących niedogodności i przeważnie zachwyconych tym, czego doznali.

66-letnia pani Małgosia codziennie pytała, czy będzie możliwość przejechania się na słoniach i tym dopytywaniem przyczyniła się do tej przejażdżki! Jakież to było przeżycie dla niektórych 60-letnich kobiet! Inna grupa codziennie ćwiczyła tai-chi. Nikt się nie mazgaił. Młody trzeci wiek.

Obserwowałam także, jak powoli przestawiali się na hinduski sposób doświadczania czasu i hierarchii ważności spraw. Mądrzejszy.
Kiedy w drodze powrotnej przesiadałam się w Europie na samolot do Warszawy, ze zdumieniem obserwowałam diametralnie inny gatunek ludzi – biznesmenów w niebieskich koszulach, eleganckich garniturach, z dwoma telefonami komórkowymi i nieodłącznym laptopem. Podekscytowani, nakręceni, z niespokojnymi głowami i umęczonymi duszami. Ze sprawami do załatwienia na wczoraj.

Pracowali w locie; w obu sensach tego słowa. Chciałam poradzić im jak stara Hinduska: „GO SLOW”, ale nie miałam śmiałości. W końcu kiedyś muszą sobie uświadomić, że przyszli na ten świat i odejdą z niego Bez Niczego. Bez garniturów, telefonów i laptopów. Co poniektórzy może z nadzieją na wiecznie niebieskie koszule…

PS. Mój ulubiony dowcip na temat względności upływu czasu:
Spóźniony, zdenerwowany mężczyzna wybiega z domu do pracy. Mieszka na dziesiątym piętrze, a właśnie zepsuła się winda. Zeskakuje więc po dwa stopnie, pędzi jak szalony. Na ósmym piętrze jego ręka napotyka na poręczy ślimaka, spokojnie wędrującego od górę. Strąca go i biegnie dalej…
Minęły dwa lata. Mężczyzna w mieszkaniu na 10 piętrze słyszy dzwonek do drzwi. Otwiera…nikogo …? Rozgląda się i w ostatniej chwili dostrzega na wycieraczce tamtego strąconego kiedyś z poręczy ślimaka, który zadziornie pyta:
„Hej, kolego, a co to było przed chwilą?!”

Pozdrawiam serdecznie

Magda Umer
Pęcice Małe, 6 kwietnia 2010 roku

Do spisu artykułów